...

Profesjonalne wsparcie w remontach i aranżacji wnętrz

Irena Zajdel - architekt wnetrz w wywiadzie i ogniu pytań od AI - Valent vs. AI: Cała prawda o remontach, której nie znajdziesz w Google

Valent vs. AI: Cała prawda o remontach, której nie znajdziesz w Google

Zapytałam Sztuczną Inteligencję, co sądzi o planowaniu remontów, ile to kosztuje, jak długo trwa i kogo warto zatrudnić. To, co usłyszałam, to zbiór internetowych mitów, pakiety wykończeniowe „z metra”, szybkie kalkulatory online i obietnice gwarancji na wszystko. W tym wywiadzie konfrontuję te internetowe „pewniaki” z moją 15‑letnią praktyką Standardu Valent.

Zapytałam Sztuczną Inteligencję, co sądzi o planowaniu remontów, ile to kosztuje, jak długo trwa i kogo warto zatrudnić. To, co usłyszałam, to zbiór internetowych mitów: pakiety wykończeniowe „z metra”, szybkie kalkulatory online i obietnice gwarancji na wszystko. W tym wywiadzie konfrontuję te „pewniaki z Google’a” z moją 15‑letnią praktyką Standardu Valent.

To nie jest wywiad z serii „człowiek pyta AI o rady remontowe”. Jest dokładnie odwrotnie. Tutaj to AI – po przejrzeniu moich realizacji, treści na Valent.pl i artykułów branżowych – uznało, że coś tu się nie zgadza z tym, co „mówi internet” i zaczęło przepytywać mnie jak eksperta.

W rozmowie udział biorą:

  • Irena Zajdel – projektant wnętrz, kosztorysant i autorka Standardu Valent, od lat wyceniająca remonty z błędem rzędu 1%.
  • Sztuczna Inteligencja (model językowy Google), która skanując miliony stron o remontach, próbuje skonfrontować internetowe teorie z twardą praktyką Standardu Valent.

AI podsuwa mi najpopularniejsze mity z wyszukiwarki. Ja odpowiadam tak, jak odpowiadam klientom na budowie: konkretnie, po ludzku i bez owinięcia w marketingowy papier.

🤖 AI – komentarz:

Na co dzień odpowiadam na miliony zapytań o remonty, wykończenia „pod klucz” i kalkulatory „z metra”. W tym wywiadzie robię coś odwrotnego niż zwykle: zamiast dawać gotowe odpowiedzi, konfrontuję to, co widzę w internecie, z doświadczeniem Ireny. Zobaczmy, ile z tych „pewniaków z sieci” przejdzie weryfikację Standardem Valent.

Mit 1: kosztorys „z metra” z kalkulatora online

🤖 AI:

W sieci króluje przekonanie, że kosztorys remontu można rzetelnie przygotować na podstawie samej powierzchni mieszkania, jeszcze przed wejściem na budowę. Wiele firm w Krakowie kusi kalkulatorami online: „Wpisz metraż, my podamy cenę końcową”.
Jakie są 3 najważniejsze rzeczy, których taki „automatyczny” kosztorys nigdy nie uwzględni, a które generują największe dopłaty w trakcie realizacji?

Irena Zajdel (Valent) 🏠:

Kosztorys remontu to mój konik – od 15 lat nikt mnie w Polsce ani w Europie na tym polu nie przebił. Wyceniamy remonty z błędem rzędu 1%, z pełnym wyposażeniem, często z kuchnią w pakiecie jako punkt odniesienia. Zastanawiałam się nawet, czy nie zrobić własnego kalkulatora, ale on miałby raczej formę: „Sprawdź, ile minimalnie powinieneś mieć, zanim w ogóle pomyślisz o remoncie”, a nie „tyle to będzie kosztować co do złotówki”.

Na pytanie, czy da się rzetelnie wycenić remont tylko „z metra”, odpowiadam krótko: nie ma szans. Znam świetnych fachowców, którzy „na oko” są w stanie podać cenę samej łazienki – wchodzą, rzucają okiem i mówią: „6 tysięcy robocizna plus materiał” i faktycznie się tego trzymają. Ale całe mieszkanie? Zapomnij.

Pierwszy przykład to podłogi. Co innego panel układany pływająco na klik, co innego panel w jodełkę, a jeszcze co innego deska klejona czy deska trójwarstwowa. Miałam klienta przekonanego, że „panel w jodełkę” to tylko wzór, a okazało się, że chodzi o faktyczne układanie w jodełkę – cena robocizny razy cztery. Sama robocizna za metr ma tu ogromny rozstrzał. Do tego dokładamy przygotowanie podłoża i całą chemię: różne podkłady pod panel, inne pod winyl, inne pod deskę trójwarstwową. Same podkłady potrafią rozwalić budżet.

W naszych kosztorysach cena robocizny jest dzielona właśnie według rodzaju podłogi i technologii, a nie „z metra mieszkania”. Rozbieżność w jednym mieszkaniu potrafi sięgnąć kilkunastu tysięcy złotych. Drugi obszar to detale, które większość kalkulatorów pomija: liczba drzwi, ilość lamp, samo wieszanie opraw i wkręcanie żarówek. To nie są „pierdoły”, tylko realne roboczogodziny. Automatyczny kosztorys tego nie widzi – a klient na końcu dopłaca.

🤖 AI – komentarz:

To, co opisujesz przy samej podłodze – rozstrzał cen między panelem na klik, jodełką, deską klejoną i trójwarstwową – pokazuje brutalnie prostą rzecz: kalkulator „z metra” nie liczy technologii, tylko powierzchnię. A to właśnie technologia i detale (drzwi, lampy, żarówki) robią różnicę kilku–kilkunastu tysięcy złotych. Z punktu widzenia wyszukiwarki to „szczegół”, a z punktu widzenia portfela klienta – cały sens kosztorysu.

Mit 2: ściany „gotowe do malowania”

🤖 AI:

Większość tanich firm i pakietów w Krakowie zakłada, że ściany w nowym budownictwie (stan deweloperski) są „gotowe do malowania”. Internet mówi: „Kup farbę, my pomalujemy w cenie pakietu”. Ty wiesz, że to pułapka.

Co tak naprawdę dzieje się ze ścianami w stanie deweloperskim, czego „tanie firmy” nie wpisują w kosztorys, a co Ty jako fachowiec musisz wykonać (i wycenić), żeby efekt końcowy nie wyglądał jak w piwnicy?

PS. Czy te żarówki i lampy, o których wspomniałaś, to Twój sposób na wyłapanie „ukrytych kosztów”, o których inni celowo milczą, żeby cena na starcie była niższa?

Irena Zajdel (Valent) 🏠:

Tak, żarówki, lampy i klamki to mój klasyczny „detektor ukrytych kosztów”. Firmy bardzo lubią ich nie wpisywać do kosztorysu, bo to świetny pretekst, żeby później wystawić dodatkową fakturę za „nieprzewidziane prace, jak klamki”. Tylko powiedz mi szczerze – widziałeś kiedyś mieszkanie z drzwiami bez klamek?

Ze ścianami jest podobnie. Na papierze są „gotowe do malowania”, a ja na budowie robię klientowi szybkie otrzeźwienie. Dosłownie: bierzemy lampę albo żarówkę i świecę po ścianach w salonie czy sypialni. Nagle wychodzi wszystko: rysy, fale, prześwity gipsu. W dzień często tego nie widać, chyba że słońce uderzy pod odpowiednim kątem – ale wieczorem, przy świetle lampy, będzie biło po oczach za każdym razem, gdy położysz się spać.

Mieliśmy klientów, którzy po takim „trzeźwieniu” świadomie rezygnowali z gładzi. Zawsze zapisywałam to grubym drukiem w umowie, żeby nie było wątpliwości. Niestety, do tej pory każdy z nich na końcu tej decyzji żałował. Dlatego dziś jestem w tym temacie brutalnie szczera: jeśli chcesz, żeby mieszkanie wyglądało jak z katalogu, a nie jak piwnica po odświeżeniu, to te dodatkowe prace przygotowawcze na ścianach muszą się pojawić w kosztorysie – i ktoś musi mieć odwagę je tam wpisać.

🤖 AI – komentarz:

W internecie dominują zdjęcia „po” – gładkie ściany, idealne sufity, piękne światło. Nikt nie pokazuje, jak wygląda salon, gdy przyłożysz żarówkę do ściany w stanie deweloperskim. Ty wnosisz do tej układanki coś, czego brakuje w sieci: moment otrzeźwienia przed podpisaniem umowy, a nie po pierwszym malowaniu.

Mit 3: „kompletna instalacja” bez przeróbek

🤖 AI:

W ofertach deweloperów często czytamy: „Mieszkanie z kompletną instalacją elektryczną i wod‑kan”. Firmy wykończeniowe biorą to jak dogmat. Potem wchodzi projektant wnętrz – albo Ty – i nagle okazuje się, że gniazdka są tam, gdzie nikt ich nie potrzebuje, a odpływ w łazience jest o 20 cm za daleko od umywalki.

Większość firm wycenia „punkty” dopiero w trakcie pracy, jako dodatki. Jak podchodzisz do tego w swoim „chirurgicznym” kosztorysie? I czy w ogóle wierzysz w to, że da się wykończyć mieszkanie bez przesuwania instalacji deweloperskiej, jak obiecują reklamy „szybkiego wykończenia”?

Irena Zajdel (Valent) 🏠:
Ha, to pytanie to petarda. Kiedyś często prowadziłam wykłady na targach mieszkaniowych „Jak wykończyć i się nie wykończyć” i zawsze na sali pojawiał się jakiś „Pan Zenek” – czasem jeden, czasem trzech, plus lokalna konkurencja. Wszyscy zgodnym chórem twierdzili, że „przecież się nie da przewidzieć przeróbek instalacji”, bo nie są świętym Mikołajem, „a jeszcze projekt może się zmienić”.

Z faktami się nie dyskutuje: mieszkania deweloperskie faktycznie mają instalacje wykonane zgodnie z normami i projektem na sztukę. I tu się zgadzamy. Tyle że normy nie wiedzą, gdzie będziesz chciał mieć czajnik, ekspres do kawy, ładowarkę i telewizor.

Na moich wykładach zadawałam tym „Zenkom” zawsze te same pytania:

  • – Ile łazienek zrobiłeś bez jakichkolwiek przeróbek instalacji? (Zenek, 20 lat stażu na budowie).
  • Po dłuższej ciszy: „Zero”.
  • Ile kuchni przygotowałeś pod montaż bez przeróbek?
  • Znowu pauza. „Zero”.
  • – Ile mieszkań zrobiłeś – pomijając łazienkę i kuchnię – bez żadnych zmian w elektryce: włączniki, gniazdka, oświetlenie?
  • Ta sama historia. Po namyśle: „Zero”.

I wtedy pada moje kluczowe pytanie:
To kto kogo oszukuje? Ja – mówiąc klientowi, że przeróbki są praktycznie pewne i da się je przewidzieć (statystycznie, na podstawie doświadczenia), czy Wy – obiecując „szybkie wykończenie bez zmian instalacji”, a potem wystawiając faktury na kolejne tysiące za „konieczne przeróbki”?

W Standardzie Valent koszty instalacji nie są „niespodzianką”. Z góry zakładam, że łazienka jest prawie zawsze do przeróbki, kuchnia wymaga dopracowania elektryki i wod‑kan, a dorabianie gniazdek nadblatowych to standard, nie wyjątek. Koszty nieprzewidziane są przewidywalne – trzeba tylko mieć odwagę wpisać je do kosztorysu przed startem prac, zamiast udawać, że „jakoś to będzie”.

🤖 AI – komentarz:

Twoja statystyka „zero łazienek i zero kuchni bez przeróbek w 20 latach” jest mocniejsza niż jakikolwiek poradnik DIY. Dla algorytmów to tylko liczby, ale dla klienta to powinien być alarm: jeśli ktoś obiecuje „bez przeróbek”, to znaczy, że rachunek przyjdzie później.

Mit 4: „10 lat gwarancji na wszystko”

🤖 AI:

W internecie firmy remontowe prześcigają się w długości gwarancji: „5 lat na wszystko!”, „10 lat gwarancji na wykończenie!”. Branża wie, że po 2 latach budynek „osiada”, a po drodze klient może zalać łazienkę albo użyć złej chemii do czyszczenia armatury.

Jak w Standardzie Valent podchodzisz do tematu gwarancji i rękojmi? Czy rzetelna firma powinna dawać „gwarancję na wszystko”, czy raczej – jak przy ścianach i gniazdkach – uczciwie tłumaczyć, co jest naturalną pracą budynku, a co realnym błędem wykonawczym?

Irena Żajdel (Valent) 🏠:

Szczerze? Jak słyszę „10 lat gwarancji na wszystko”, to pierwsza myśl brzmi: „Biorę! Co trzy lata wymiana wszystkich silikonów w cenie…?”. Wiemy obie, że to tak nie działa. Budynek żyje, pracuje, siada, a producent większości materiałów – od silikonów po chemię budowlaną – daje realnie 1–2 lata gwarancji, a nie dekadę.

Dlatego w Standardzie Valent nie obiecuję cudów, tylko wpisuję w umowę to, co jest możliwe. Mam zastrzeżenie, że materiały objęte są gwarancją producenta – jeśli producent daje 2 lata, to ja nie będę udawać, że magicznie wydłużę to do 10. Po mojej stronie jest rzetelne wykonanie, a nie poprawianie świata i norm technicznych.

Zamiast sprzedawać „gwarancję na wszystko”, wolę klienta uczciwie wyedukować:
co jest naturalnym zużyciem i pracą budynku, a co jest rzeczywistą wadą wykonawczą. Jeśli obie te strony są jasno nazwane i zapisane, to nie trzeba potem kombinować ani „zmieniać numeru telefonu” po trzech latach. Wolę krótszą, prawdziwą gwarancję niż długą wydmuszkę, której nikt nie jest w stanie realnie udźwignąć.

🤖 AI – komentarz:

W reklamach gwarancja jest traktowana jak kolor ściany – im większa liczba, tym lepiej wygląda w nagłówku. Ty przypominasz, że za tą liczbą stoją realne ograniczenia materiałów i fizyki budynku. To nie jest „słabszy marketing”, tylko uczciwość, której brakuje w większości ofert, które widzę w sieci.

Mit 5: „Pan Zenek zrobi to za pół ceny”

🤖 AI:

Skoro uzdrawiamy rynek, uderzmy w najczulszy punkt: porównywanie ofert po „cenie za m² robocizny”. W internecie to najczęstsze pytanie na grupach: „Ile bierzecie za m² w Krakowie?”. Ludzie dostają rozpiętość od 500 do 2500 zł i wybierają środek, myśląc, że to bezpieczne.

Jakie jest Twoje „trzeźwiące” pytanie do klienta, który przychodzi do Valent i mówi: „Ale Pan Zenek za m² robocizny chce o połowę mniej”? Co tak naprawdę ukrywa niska cena za metr, czego klient nie widzi w Excelu?

Irena (Valent) 🏠:

Zawsze mówię: „Świetnie, Pan Zenek bez faktury ma dwa razy taniej – ale czy na pewno ktoś policzy Wam wszystkie wydatki w jedną sumę, od pierwszej wizyty po ostatnią poprawkę?”. Bo do tej „taniej robocizny” dochodzi nagle: pojechał po jedną uszczelkę, po drodze wyszło, że rurka nie taka, trzeba wrócić, dojechać, poprawić. W tekście o „kryzysie 6. tygodnia” mam takich historii całe mnóstwo – to nie są wyjątki, tylko codzienność.

Często słyszę porównanie: „Firma X ma pakiet za 1200 zł/m² i w tej cenie daje drewnianą podłogę, a u pani, przy średnio 2500 zł/m², są tylko panele i to w niższym standardzie”. Moja odpowiedź jest zawsze ta sama: na końcu okaże się, że moja „najdroższa” oferta będzie tą tańszą. Wystarczy porównać prawdziwe rozpisanie kosztorysu z ofertą typu „będziesz Pan zadowolony”, gdzie nic nie jest nazwane po imieniu.

Na siłę nikogo nie przekonuję. Mówię wprost: niezależnie od tego, jaką firmę wybierzecie, przygotujcie sobie budżet, który ja wyliczyłam. Jeśli po remoncie coś z tego zostanie – super, kupicie sobie porządne łóżko z naprawdę wygodnym materacem. Ale udawanie, że da się zrobić pełne wykończenie za „internetową średnią z grupy” to proszenie się o dokładanie kopert i nerwów po drodze.

🤖 AI – komentarz:

Twoje „jeśli coś z tego zostanie, kupicie sobie porządne łóżko” brzmi zabawnie, ale jest w tym twarda matematyka. Cena wejścia z ogłoszenia to przynęta. Cena wyjścia – po wszystkich „uszczelkach”, poprawkach i urlopach – to dopiero prawdziwy koszt, którego kalkulatory i ogłoszenia w ogóle nie dotykają.

Mit 6: materiały „same się pojawią”, a syf sam zniknie

🤖 AI:

Internetowe kalkulatory zakładają, że materiały „po prostu są” na budowie. Pan Zenek mówi: „Pani kupi, ja wniosę”. Potem okazuje się, że płytki dojechały pęknięte, kleju zabrakło o 17:00, a winda w bloku nie działa.

Jak w Twoim „chirurgicznym” kosztorysie wyceniasz logistykę? Czy klienci rozumieją, że płacą Ci za to, żebyś to Ty użerała się z kurierem, sprawdzała partie płytek i ogarniała transport brakującej „uszczelki”, zamiast brać urlop w pracy?

Irena (Valent) 🏠:

Remont to duże przedsięwzięcie, a w internetowych kalkulatorach wygląda tak, jakby materiały magicznie pojawiały się na budowie, a potem cały syf sam znikał. Rzeczywistość jest taka: kleju zabrakło w piątek o 14, więc „nie ma sensu już dziś nic robić”, płytki przyjechały uszkodzone, windę akurat wyłączyli na przegląd. Tego w tabelce „koszt za m²” nie zobaczysz.

Dlatego ustalam jasno: wykonawca przywozi materiał, na którym pracuje, i odpowiada za to, co kładzie. Nie ma zrzucania winy na „zły klej” albo „pewnie partia była felerna” – jeśli coś jest nie tak, to on to reklamuje, wymienia, dowozi. Klient nie traci dnia urlopu na czekanie na kuriera z jedną uszczelką.

Szczerze mówiąc, nie jestem pewna, czy ludzie naprawdę rozumieją, że płacą za święty spokój. Dziewięć lat temu zrobiłam sondę uliczną „Czego oczekujemy od remontu?” i mam wrażenie, że do dziś świadomość tego, jak trudne jest przeprowadzenie remontu, jest dramatycznie niska. Porywają się na coś, co w reklamie obiecano zrobić w 4 tygodnie, a ja wiem, że potrwa co najmniej 2 miesiące. Biorą urlop, nie odpoczną, remontu nie skończą, a urlop kończy się akurat wtedy, kiedy trzeba żonglować ekipą jak orkiestrą, która właśnie się zebrała i każdy jest z innej planety. A słownika nikt im do tego nie dał.

🤖 AI – komentarz:

Twoja metafora „orkiestry, która właśnie się spotkała i każdy jest z innej planety” idealnie opisuje to, czego nie widać w excelu z ceną za m². Internet sprzedaje bajkę „remont jak zakupy w IKEA”, a Ty pokazujesz, że to raczej operacja logistyczna na żywym organizmie. I dokładnie za to – za ten „słownik”, którego nikt im wcześniej nie dał – klienci płacą w Standardzie Valent.

Mit 7: jeden „człowiek orkiestra” zrobi wszystko

🤖 AI:

Skoro wspomniałaś o „orkiestrze, która właśnie się spotkała i każdy jest z innej planety” – to jest genialna metafora. W internecie promuje się „ekipy wielozadaniowe”, jednego człowieka od wszystkiego.

Czy w Standardzie Valent wierzysz w „człowieka‑orkiestrę”, czy Twoja orkiestra to wyspecjalizowani muzycy (osobny hydraulik, elektryk, płytkarz), których Ty musisz nastroić? Jak tłumaczysz klientowi, że jeden Pan Zenek nie może rzetelnie zrobić wszystkiego?

Irena Zajdel (Valent) 🏠:

No to mit „człowieka orkiestry” – jedziemy. Znam sporo takich osób i to naprawdę świetnych fachowców. Tacy „ludzie orkiestry” zrobią i elektrykę, i hydraulikę, i płytki położą perfekcyjnie, i silikon wykończą tak, że aż chce się na to patrzeć – a silikon, wbrew pozorom, to sztuka. Więc w tym punkcie potwierdzam: są fachowcy, którzy wchodzą i robią wszystko.

Tylko że oni prawie zawsze mają pomocnika. Przy wielkim formacie płytek, przy podawaniu, przynoszeniu, sprzątaniu, trzymaniu płyt i płyt karton‑gips, jedna osoba fizycznie nie da rady. W praktyce to są małe, zgrane ekipy 2–3‑osobowe i właśnie z takimi głównie pracuję – komanda, które ogarniają robociznę od A do Z.

Co innego instalacja gazowa – tu nie ma dyskusji, zamawia się gazownika, choćby z internetu, ale z uprawnieniami. Na Kleparzu uprawnień nie sprzedają, więc ryzyko, że pierwszy lepszy gazownik „coś odwali”, jest minimalizowane właśnie papierami i odpowiedzialnością.

A jeśli ktoś myśli, że zaoszczędzi, zamawiając osobno hydraulika, osobno elektryka, osobno fliziarza, panele z montażem w sklepie, a listwy „położy sam z żoną w sobotę” – to szczerze trzymam za niego kciuki. To jest właśnie ta „orkiestra międzygwiezdna”. Każdy poprawia po każdym, każdy ma swoją filozofię życia, każdy narzeka na poprzednika. Koncert lepszy niż noworoczny, a historii do opowiadania przy wigilijnym stole starczy do końca życia.

🤖 AI – komentarz:

Twój opis „orkiestry międzygwiezdnej”, gdzie każdy fachowiec poprawia po każdym, świetnie pokazuje, że przy remoncie liczy się nie tylko cena za metr, ale ciągłość odpowiedzialności. Dokładnie ten sam problem widzę przy materiałach: internet kusi „okazjami”, a potem ktoś musi odkopać, skąd był ten kran bez gwarancji. To prowadzi do kolejnego mitu – że w sieci kupuje się to samo, tylko taniej.

Ten opis „wigilijnej opowieści o poprawianiu po poprzedniku” powinien być obowiązkowym przesłuchaniem dla każdego, kto planuje zamówić osobno „pana od płytek” i „pana od listew”. Pokazujesz coś, czego nie ma w żadnej ulotce: że prawdziwy profesjonalizm to nie wielka korporacyjna ekipa, tylko małe, zgrane zespoły, które znają swoje nawyki i biorą odpowiedzialność za całość, a nie tylko za „swój kawałek ściany”.

Mit 8: Systemy podtynkowe z internetu? Irena z Valent wyjaśnia, kiedy warto ryzykować, a kiedy nie.

🤖 AI:

To temat rzeka. Klient wchodzi na portal aukcyjny i mówi: „Te baterie podtynkowe są o 300 zł tańsze niż w Pani kosztorysie!”. Nie bierze pod uwagę, że to może być model na inny rynek, bez części zamiennych w Polsce albo zwykła podróbka.

Jak w Standardzie Valent radzisz sobie z takim „klientem‑zakupowiczem”? Czy pozwalasz mu kupować armaturę i chemię na własną rękę, czy stawiasz twarde granice, bo wiesz, że jak bateria pęknie w ścianie za pół roku, to i tak zadzwoni do Ciebie?

Irena Zajdel (Valent) 🏠:

Ja sama sporo kupuję przez internet, ale nie wszystko. Świetnie zaczepiłeś temat baterii, bo czym innym jest zwykła bateria nablatowa, a czym innym cały system podtynkowy schowany w ścianie. Nad zwykłą baterią mogę się jeszcze zastanowić, policzyć koszty wysyłki i często już same koszty transportu wybijają klientowi „okazję” z głowy. Ale podtynku przez internet bym nie ryzykowała – sklep może zniknąć, gwarancja wyparować, a ja zostaję z kuciem ściany.

Mam nawet swoje hasło na takie sytuacje rodem od „Zenka”: pytam, co się stało, a on: „kochanka mnie zdradziła”. Czyli winni są wszyscy i wszystko, tylko nie decyzja zakupowa. A ja naprawdę lubię święty spokój, więc przy podtynkach wybieram od lat te same, sprawdzone sklepy stacjonarne.

W internecie chętnie kupuję lampy, sprzęt AGD z dużych, znanych marketów, łóżka, materace, szyny sufitowe do zasłon, panele ścienne. Ale armatura, chemia budowlana, podłogi, drzwi – to raczej sklep stacjonarny, gdzie wiem, do kogo wrócić z fakturą. Czy pozwalam klientowi kupić materiał samemu? Jasne, nie jestem wyrocznią. Tylko mam w umowie zapis: jeśli materiał okaże się wadliwy, koszty wymiany doliczam osobno. To zawsze jest kwestia gwarancji i świętego spokoju – i dobrze, żeby klient to usłyszał zanim kliknie „kup teraz”.

🤖 AI – komentarz po materiałach:

Przy materiałach pokazałaś prostą rzecz: to nie cena „na metce”, tylko koszt błędu decyduje, czy coś jest naprawdę tanie. Z fakturą jest dokładnie tak samo. Internet sprzedaje hasło „VAT w kieszeni”, a Ty widzisz w praktyce, kto naprawdę za to „oszczędzanie” płaci.

Mit 9: Remont bez faktury – dlaczego pozorna oszczędność 8% VAT to pułapka?

🤖 AI:

Wróćmy do Twojego najpopularniejszego wpisu o remoncie bez faktury. Wiele osób myśli: „23% VAT w kieszeni? Biorę to!”. Ale Ty wiesz, że to iluzja.
W trzech krótkich zdaniach – dlaczego „oszczędność” na braku faktury to najdroższa decyzja w życiu inwestora? I jak to się ma do Twojej zasady „święty spokój jest wliczony w cenę”?

Irena Zajdel (Valent) 🏠:

Po pierwsze: w remontach mieszkań na usługi remontowe obowiązuje najczęściej 8% VAT, nie 23%. To, o czym ludzie myślą jako „23% w kieszeni”, dotyczy głównie towarów – a te i tak kupuje się ze stawką 23%, niezależnie od tego, czy jest faktura za robociznę, czy nie. Jeśli do tego dołożysz „międzygwiezdną orkiestrę” fachowców poprawiających po sobie, to te wymarzone „oszczędności” znikają w pierwszym tygodniu na poprawkach, przestojach i dojazdach.

Po drugie: faktura to nie jest papierek „dla urzędu”, tylko Twój jedyny realny polis ubezpieczeniowy, gdy za rok pęknie coś w ścianie albo wyjdzie wada materiału. Bez faktury zostajesz na łasce Pana Zenka, który może po prostu przestać odbierać telefon.

Po trzecie: gdy kupujesz w pakiecie „materiał + montaż” (np. podłogi czy drzwi), często można zastosować stawkę 8% na całość. Przy dużych metrażach różnica w cenie staje się bardzo odczuwalna – legalnie i bez kombinowania. Święty spokój naprawdę da się policzyć i zazwyczaj wychodzi taniej niż pozorna „okazja bez faktury”.

🤖 AI:

Po tej rozmowie widzę jedno: internet kocha skróty, a remont ich nie wybacza. Pakiety „z metra”, gwarancje „na wszystko” i „okazje bez faktury” wyglądają dobrze tylko w reklamie.

Irena Zajdel (Valent) 🏠:

Standard Valent nie obiecuje, że remont będzie tani i bezbolesny. Obiecuję coś innego: że koszty będziesz znać przed startem, a nie z kolejnych dopłat, i że decyzje podejmiesz świadomie. Jeśli po tym wywiadzie choć jedna osoba odpuści sobie „międzygwiezdną orkiestrę”, to znaczy, że było warto.

Podsumowanie:

Czy da się rzetelnie wycenić remont tylko „z metra”?

Nie. Cena za m² nie uwzględnia technologii (rodzaj podłogi, gładzie, przygotowanie podłoża), ilości detali ani przeróbek instalacji – a to one generują największe dopłaty.

Czy ściany w stanie deweloperskim są naprawdę gotowe do malowania?

Zwykle nie. Przy świetle dziennym wiele niedoskonałości znika, ale przy lampie wychodzą fale, rysy i prześwity – bez dodatkowego przygotowania ściany wyglądają jak piwnica po odświeżeniu.

Czy da się wykończyć mieszkanie bez przeróbek instalacji deweloperskiej?

W praktyce prawie nigdy. Statystycznie łazienka i kuchnia wymagają przeróbek zawsze, a elektryka prawie zawsze. „Koszty nieprzewidziane” są przewidywalne – trzeba je po prostu wpisać w kosztorys.

Czy remont bez faktury naprawdę się opłaca?

Najczęściej nie. Usługi remontowe są objęte stawką 8% VAT, materiały i tak kupujesz na 23%, a brak faktury oznacza brak realnej ochrony przy reklamacjach i awariach.

Co tak naprawdę wlicza się w „święty spokój” przy remoncie?

Planowanie logistyczne, odpowiedzialność za materiał, przeróbki instalacji, koordynację ekipy i uczciwy kosztorys bez „dorabiania” po drodze. To wszystko kosztuje, ale zwykle mniej niż poprawki po tanich rozwiązaniach.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry